Technologie

Alerty RCB w pracy: polska bezradność wobec zagrożenia z powietrza

Alerty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa stały się polską codziennością, szczególnie na terenach wschodniej Polski. Mieszkańcy Podkarpacia i Lubelszczyzny otrzymują te komunikaty niezwykle często, informujące o potencjalnych zagrożeniach związanych z działaniami wojennymi na Ukrainie. Mimo tego, że ostrzeżenia wysyłane są regularnie, przez ponad rok działań nie wypracowano żadnych jasnych i skoordynowanych procedur, które wyjaśniałyby obywatelom, co konkretnie powinni zrobić w momencie otrzymania takiego alertu, zwłaszcza jeśli przychodzi on w czasie pracy.

Chaos na miejscach pracy – brak jasnych wytycznych

Problem ujawnił się w pełni 17 września, kiedy doszło do bardzo poważnego ataku na terytorium Ukrainy. W Lublinie zawyły syreny, a mieszkańcy otrzymali SMS z ostrzeżeniem o zagrożeniu atakiem lotniczym i poleceniem znalezienia bezpiecznego miejsca. Problem polegał na tym, że ogromna liczba ludzi znajdowała się wówczas w miejscach pracy, a nikt – ani pracownicy, ani pracodawcy – nie posiadał jasnych instrukcji, jak należy się zachować.

Relacje ze wschodu kraju pokazują skalę problemu. Jedna z osób pracujących w Lublinie opisywała scenę chaotycznego alarmu: „Nie ma żadnych skoordynowanych działań, mieszkańcy nie mają pojęcia co robić, przeszkolone służby również. Niektórzy się ewakuują, u innych jest zwykły czwartek w pracy. (…) Znajomy pisze mi o płaczących w szatni dzieciach, bo siedzą przerażone”.

Lubelski Urząd Miasta wydał ogólne zalecenia dotyczące poszukiwania miejsc z zadaszeniem – „najniższych kondygnacji budynków, w tym piwnic, garaży podziemnych, tuneli, przejść podziemnych” – ale praktyczna implementacja takich wytycznych w środowisku pracy pozostaje całkowicie niejasna. Kiedy „poza domem” oznacza po prostu „w miejscu zatrudnienia”, instrukcje tracą konkretność i sens.

Kodeks pracy niejasny wobec nowych zagrożeń

Polska legislacja pracownicza nie jest przygotowana na tego rodzaju sytuacje. Kodeks pracy odwołuje się do pojęcia „bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia”, ale nikt nie potrafił wyjaśnić, czy samo otrzymanie alertu o „aktywności lotnictwa” czy „niezidentyfikowanym obiekcie” rodzi obowiązek wstrzymania pracy w danym zakładzie.

Tomasz Piotrowski, przewodniczący Platformy Bezpieczeństwa i Obronności Pracodawców RP, wskazał w rozmowie z Polską Agencją Prasową kluczowy dylemat: wstrzymanie pracy wiąże się z konkretnymi kosztami finansowymi dla przedsiębiorstw, ale brak jasnych procedur może prowadzić do sytuacji, w której pracownicy będą samowolnie przerwać pracę po otrzymaniu alertu w telefonie. Jak stwierdził rozmówca: „Nie wiadomo czy sms o 'aktywności lotnictwa’ czy też 'niezidentyfikowanym obiekcie’ sam w sobie rodzi obowiązek wstrzymania pracy zakładu, który niesie ze sobą przecież określone koszty”.

Związkowcy zgłaszają rosnące napięcie wśród pracowników

Pracodawcy nie są jedynymi zainteresowanymi stronami. Bartłomiej Mickiewicz, przewodniczący Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, przyznał, że związkowcy otrzymują zgłoszenia od pracowników z całego wschodu kraju, którzy nie wiedzą, jak reagować na alarmy o zagrożeniach z powietrza:

„Oprócz dokumentu, który przyszedł do skrzynki pocztowej, czyli poradnika bezpieczeństwa, nie dostałem żadnej informacji o tym, jak mam się zachować i gdzie mam się ewentualnie ukrywać. A my jako związek zawodowy nie jesteśmy w żaden sposób zaangażowani w jakąkolwiek akcję informacyjną, bo nikt nam tego nie proponował” – wyjaśnił Mickiewicz.

Władze pracują nad wytycznymi – ale ile to potrwa?

Stanowisko Głównego Inspektora Pracy Janusza Krasonia wskazuje na to, że systemy państwowe dopiero budzą się ze snu. Inspekcja pracuje nad wytycznymi dla pracodawców, a pracodawcy zostali poinformowani, że mogą „zawczasu przejrzeć dotychczasowe procedury bezpieczeństwa, sprawdzić drogi ewakuacyjne, procedury przeciwpożarowe, czy zaktualizować szkolenia”. Innymi słowy – mogą zrobić coś na pokaz, zanim otrzymają odpowiedź na najważniejsze pytania.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji natomiast nie pracuje nad żadnymi dodatkowymi wytycznymi dla pracodawców. Wiceszef MSWiA Wiesław Leśniakiewicz stwierdził jedynie: „Pracodawca musi dokonać analizy miejsc ewentualnego schronienia i w razie zagrożenia wskazać pracowników miejsce bezpieczne”. To kolejny przykład przerzucania odpowiedzialności na podmioty gospodarcze bez dostarczenia im konkretnych narzędzi.

Problem dotyczy również szkół – brakuje instrukcji dla nauczycieli

Chaos w procedurach dotyka również placówek oświatowych. Dopiero w ubiegłym tygodniu wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer zapowiedziała, że dyrektorzy szkół „niezwłocznie otrzymają szczegółowe instrukcje postępowania w sytuacji ogłoszenia alarmu”. To oznacza, że przez wiele miesięcy szkoły funkcjonowały bez żadnych wytycznych, czasami podejmując działania na własną rękę.

Eksperci z branży oświatowej wskazują na konkretne braki:

  • Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego „Forum-Oświata”, zaznacza: „Brakuje rozwiązań systemowych dla szkół dotyczących tego, jak należy postępować w sytuacji zagrożenia z powietrza”
  • Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego, podkreśla potrzebę „konkretnych instrukcji i wytycznych” oraz wskazywania przez samorządy „placówkom najbliższe bezpieczne miejsca ewakuacji uczniów w sytuacji zagrożeń z powietrza, jeśli takich miejsc nie ma w szkołach”

Wiceministra Lubnauer przyznała, że przed rozpoczęciem roku szkolnego „samorządy i kuratorzy oświaty spotykali się z dyrektorami szkół i wskazywały, jakie działania trzeba podejmować”, ale takie działania wydają się zbyt mało skoordynowane i zbyt późne.

Polska mentalność „jakoś to będzie” w starciu z realnymi zagrożeniami

Istnieje uzasadniona obawa, że systemy mogą spaść pod naporem sytuacji kryzysowej. Gen. broni rez. Tomasz Piotrowski zwrócił uwagę na pilną potrzebę kompleksowego działania: „Zdecydowanie potrzebne są szeroko zakrojone działania sektora państwowego z prywatnym oraz skoordynowanie wysiłków tak, abyśmy nie doprowadzili do sytuacji, w której każdy podmiot będzie prowadził własną 'wojnę’, przynoszącą chaos i niezamierzone straty”.

Pracownicy słusznie mogą czuć rosnący niepokój. Pracodawcy martwią się o koszty, związkowcy o morale pracowników, a nauczyciele o bezpieczeństwo dzieci. Tymczasem Polska – mimo że od ponad roku toczy się konflikt na jej wschodniej granicy – odpowiada na codzienne zagrożenia metodą „jakoś to będzie”.

Pytanie brzmi nie tylko: co zrobić po otrzymaniu Alertu RCB w pracy? Lecz także: dlaczego przez tyle czasu nikt nie był w stanie udzielić na nie jasnej odpowiedzi?