Brigitte Calls Me Baby poznałem całkiem przypadkowo, dzięki Morrisseyemu. Zespół z Chicago wystąpił jako support podczas koncertu w Dublinie, na którym się znalazłem. Nie jestem zwolennikiem supportów — zwykle chcę przejść od razu do głównego artysty — ale tym razem nie czułem się ani znudzony, ani pokrzywdzony na czasie. Głos wokalisty zrobił na mnie wrażenie. Dopiero jednak po pewnym czasie wróciłem do ich płyty i zacząłem regularnie ją słuchać. Opóźniona fascynacja sprawiła, że przegapiłem warszawski koncert zespołu.
Podczas europejskiej trasy BCMB pominęło Polskę, więc postanowiłem podróżować do Berlina. Organizatorzy prawdopodobnie liczyli, że zespół wypełni dużą salę, skoro wcześniej wspierał większe kapele. Widać jednak niedocenienie popytu, bo koncert przeniesiono do mniejszego miejsca. To okazało się strzałem w dziesiątkę. Kinowa sala wypełniła się po brzegi, a atmosfera była naprawdę niezwykła. Był to jeden z lepszych koncertów, jakie pamiętam.
Niepokojna przyszłość intymnych koncertów
Stojąc wśród publiki, przyszły mi do głowy dwie myśli. Przede wszystkim pomyślałem o Morrisseyu i jego koncertach z początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy energia musiała być podobna do tej, którą teraz czuję. Równocześnie zacząłem się zastanawiać nad przyszłością takich wydarzeń.
W sali znajdowało się około siedmiuset do osimiuset osób. To całkiem sporo, ale jednocześnie miejsce pozostało intymne, blisko sceny. Zespół z Ameryki musi utrzymywać się z koncertów, gdyż przychody ze streamingu są znikome. Życzę im sukcesu, ale jednocześnie — i przyznaję, że egoistycznie — nie chciałbym, żeby urośli zbyt bardzo. Chodzi mi o to, aby te intymne koncerty w mniejszych, wypchanych salach mogły się jeszcze zdarzać. Aby zachować tę bliskość i poczucie wspólnoty.
Nisza jako schronienie dla artystów
Oczywiście, że taka przyszłość jest możliwa. Istnieje mnóstwo zespołów, które znalazły swoją niszę i grają dla mniejszej, ale fanatycznej publiki. Polski przykład to choćby Komety. Jednak obserwując polskie miasta, widać coraz wyraźniej, że brakuje miejsc dla takich środkowych kapel. Zostają już tylko dwa warianty: piwnice lub wielkie hale i stadiony. Albo wygrywasz, albo nie. To nie jest polskim problemem — taka sama sytuacja zachodzi w całej Europie Zachodniej.
Naturalnym jest chęć wzrostu i dotarcia do większej publiki. Ale czy każdy zespół to pragnie? Może niektórzy cieszą się tym, co mają teraz? Zastanawiam się, jak długo taka satysfakcja może być paliwem. Kiedy zaczną się pojawiać frustrujące pytania: dlaczego my nie wypełniamy hal? Dlaczego algorytmy nas nie wybierają?
Fenomen wzrostu – Fontaines D.C. jako przykład
Obserwuję z ciekawością zespół Fontaines D.C. Kiedy słuchałem ich pierwszych albumów, nigdy bym nie pomyślał, że zagrają w łódzkiej Atlas Arenie, pojemności prawie piętnastu tysięcy miejsc. Znam wszystkie ich płyty, choć żaden utwór nie uczynił mnie fanem — coś mi przeszkadza, prawdopodobnie to samo, co niektórych może zniechęcać do BCMB: że gdzieś to już kiedyś słyszałem. Jednak samo zjawisko jest fascynujące. Zespół zaczynał jako niszowy, a nagle znalazł się na ustach wszystkich. Przebił bańkę.
Na każdy Fontaines D.C., który to zdołał, przypada pewnie sto, jeśli nie tysiąc zespołów, którym się nie powiodło. Zespoły, które dochodzą do wniosku, że nie napiszą już piosenki, że nie będą gwiazdami rocka, że nie dla nich przychodzą światowe listy przebojów.
Kiedy hobby zamieniło się w wyścig
Ale to wszystko wykracza poza muzyczną scenę. Coraz częściej słyszy się, że hobby już praktycznie nie istnieje. Beztroskie zajęcia podejmowane w wolnym czasie straciły swoją dawną formę. Każda aktywność niebędąca pracą pozornie wydaje się odpoczynkiem, ale tak naprawdę nie jest. Rzadko robi się coś po prostu dla radości.
Weźmy przykłady z codziennego życia:
- Biegacze i rowerzyści mówią, że wychodzą na trening, nie na spacer. Chcą bić osobiste rekordy, wciąż ulepszać wyniki, zawieszać poprzeczkę wyżej.
- Amatorskie fotografowanie przemieniło się w budowanie portfolio dla mediów społecznościowych, z nadzieją na galerie i sławę.
- Malowanie, pisanie poezji, każde hobby — wszystko wymaga postępu i rozwoju.
Nie ma już hobby. Jest inwestowanie w siebie. Trzeba być lepszym we wszystkim, co się robi. Bieganie ma prowadzić do półmaratonu, potem maratonu. Fotografia powinna zaowocować popularnym profilem w sieci, galerią, sprzedażą prac.
Rola algorytmów w upadku przyjemności
Za wiele z tego odpowiadają media społecznościowe, choć oczywiście ambicja i konkurencja zawsze istniały. Teraz jednak zjawisko to nasila się w bezprecedensowej skali. Kiedy algorytm zauważy, że lubisz fotografie robione małym aparatem, nie tylko pokazuje ci kolejne takie zdjęcia. Zalewa cię poradnikami. Natychmiast możesz dowiedzieć się, co robisz źle, jakie błędy popełniasz, co zmienić. Jakby fotografia miała nagle stać się twoją karierą. A ty po prostu chciałeś robić zdjęcia.
Oczywiście nikt nie zmusza cię do słuchania. Nie musisz się poddawać presji. Ale gdy wszystko zachęca do stawania się lepszym, opór słabnie. Czemu nie spróbować? To przecież tylko sugestie. Problem pojawia się, gdy zaczynasz porównywać się z innymi i rozczarowujesz się, że nie dajesz sobie rady, że po prostu do tego się nie nadajesz. Miało wyjść zupełnie inaczej.
Może wydaje mi się, że skutecznie bronię się przed taką propagandą, ale szczerze mówiąc — nie wiem, na ile jej uniknąłem, a ile przeniknęła do moich zachowań.
Pragnienie, aby była przestrzeń dla małego
Może właśnie stąd wynika moja troska o to, aby mój ulubiony zespół nie urósł zbyt bardzo. To egoistyczne życzenie, ale wyraża coś głębszego: pragnienie, aby było miejsce dla tych małych. Aby w niszy dało się znaleźć spokój i własny świat. Aby istniała droga inna niż ta, która prowadzi do wielkiego sukcesu, nieustannego postępu, ciągłego stawania się lepszym.
Czy to możliwe? Szczerze mówiąc — nie wiem.